Najpierw MasterChef, teraz własna restauracja. Oto kariera elektryka ze Środy Śląskiej koło Wrocławia (ROZMOWA)

Redakcja
Mariusz Komenda z żoną Agnieszką archiwum domowe Mariusza Komendy
Mariusz Komenda, półfinalista programu MasterChef, otworzył w Środzie Śląskiej swoją restaurację. Nam opowiada o tym, jak z elektryka stał się kucharzem, jak utarł nosa (i kubki smakowe) Szwajcarom, o wspólnym gotowaniu z synem, spełnianiu marzeń i o tym, czego w kuchni nie lubi robić. Rozmawia Robert Migdał

Czy gotowanie może być sztuką?

- Pewnie. Ja chcę to pokazać na talerzach, które podaję gościom w mojej restauracji. Na początku miałem całkiem inny pomysł na restaurację w Środzie Ślaskiej, ale szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Nie można ludziom dać tylko tego, co kucharz wymyśli, stworzy, wyczaruje na talerzu. Też trzeba słuchać ludzi - czego oni chcą zjeść, na jaki obiad przyjść z rodziną. Sztuka na talerzu - tak, jak najbardziej, ale dla ludzi.

To na czym się Pan sparzył na samym początku?

- (uśmiech). Miałem zrobić przyjęcie komunijne. W głowie miałem różne cudne potrawy, które mógłbym zaserwować gościom: na przystawkę łosoś marynowany w soku z buraka, z lodami o smaku kiszonego ogórka. Na dania główne - płonące ziemniaki... Ale gdy przedstawiłem menu, usłyszałem: "Panie Mariuszu, a może by tak schabowego? Rosół?" Więc tę sztukę w mojej restauracji wprowadzam małymi kroczkami i cieszę cię, że z dnia na dzień budzi zachwyt: jest coraz więcej entuzjastów takiej kuchni.

Co ostatnio zachwyciło gości?

- Rostbef podawany z ziemniakiem wędzonym w naszej własnej wędzarni, który jest serwowany pod kopułką wędzarniczą, z dymem. I kiedy klient odkrywa tego ziemniaka, to nad talerzem unosi się dym i zapach jest dookoła. Przebojem, o który dopytują się goście, była zielona ziemia z panko, na której stał borowik w kapeluszu - marynowany, a do tego były zaserowane dwa kawałki polędwicy wieprzowej. Ja wiem, że tym daniem nie można było się najeść, ale można było posmakować. Dla mnie ważne jest też to, że jeśli coś "wychodzi" z kuchni - to jest i smaczne, i ładnie podane.

Bo je się też oczami.

- Chcę, żeby moje talerze zawsze smakowały i wyglądały zadziwiająco. Lubię patrzeć, jak ludzie, zanim zjedzą, wyciągają telefony i fotografują podane jedzenie. Mówią, że to "małe dzieła sztuki". To jest miłe.

Gdy tak Pana słucham, kiedy mówi Pan o jedzeniu, to widzę, że się Panu oczy śmieją.

- Bo gotowanie sprawia mi wielkie szczęście. Czuję radość za każdym razem, kiedy przychodzę do mojej restauracji i przekręcam klucz w zamku od drzwi. Cieszy mnie to, że przychodzą posmakować mojej kuchni ludzie nie tylko ze Środy Śląskiej, czy Wrocławia, ale specjalnie do mojej restauracji przyjeżdżają goście z Warszawy, Śląska, czy spod Krakowa. Dla mnie to jest coś niebywałego: jechać setki kilometrów tylko po to, żeby zjeść coś, co ja ugotowałem.

Gotuje Pan, ma swoją restaurację, ale kucharzem z wykształcenia Pan nie jest.

- Nie, jestem elektrykiem. Przed MasterChefem pracowałem od pięciu lat w Szwajcarii - jako elektryk właśnie - na różnych budowach: od domków jednorodzinnych, przez duże wille, po fabryki.

Skąd u elektryka pojawił się pomysł na gotowanie?

- To nie pojawiło się nagle - ja cały czas coś gotowałem, piekłem, robiłem w kuchni. Cieszyłem się, kiedy przyjeżdżała do mnie do domu rodzina, znajomi, przyjaciele i mogłem im coś ugotować. Zawsze chwalili moją kuchnię, ale to była takie zwykłe, domowe jedzenie: jakiś bigos, mięso z grilla. Nie gotowałem takich rzeczy, jakie mi teraz do głowy przychodzą. To wszystko, to otwarcie na nowy rodzaj kuchni w moim życiu, pojawiło się dopiero w programie TVN.

A sam pomysł, żeby wystartować w MasterChefie?

- To wszystko przez Szwajcarów. Oni mają wysokie mniemanie o sobie i o wszystkim, co szwajcarskie. Uważają, że wszystko potrafią i mają najlepsze: nie tylko najlepsze banki, czekoladę, góry, ale też lampy, systemy elektryczne, ale i kuchnię. I cały czas mi robili kulinarne przytyki, docinki: "A co wy tam w Polsce macie takiego dobrego do jedzenia? Co wy jecie?" Dlatego się zezłościłem i na jeden wieczór zaprosiłem moich kolegów Szwajcarów na kolację, którą przygotowałem. Z polską kuchnią w roli głównej. Bo szwajcarska kuchnia jest monotonna, słaba - nie zaciekawiła mnie: ser żółty w prawie każdej potrawie. Dla Szwajcarów było świętem, że mogli sobie w kociołku roztopić ser i jeść maczaną w nim bułkę (śmiech). Dlatego stanąłem do garów…

Co im Pan ugotował?

- Bigos, krokiety, galaretę, gołąbki. Cały przekrój polskiej kuchni - żeby im pokazać całe piękno i jej smak. Roboty miałem tyle, że do pomocy wziąłem kolegę Słowaka i gotowaliśmy na cztery ręce. Szwajcarzy, gdy tylko zaczęli jeść, byli w pełnym szoku, że dostali coś tak pysznego. A ja byłem w szoku, że jeden człowiek może na raz tyle zjeść. Np. mój szef, szczupły chłopak, cały czas chciał dokładkę. A gdy wychodzili to, prosili o to, żebym im dał na wynos dla żony, dla dziewczyny... Udowodniłem im siłę i smak polskiej kuchni. Po tej kolacji nawet poprosili mnie, żebym przygotował im torty na imprezę firmową (uśmiech). A ta kolacja była symboliczna, bo dzień po niej w TVN-ie cały czas leciały reklamy, żeby się zgłosić na casting do MasterChefa. Postanowiłem spróbować swoich sił, bo bardzo lubiłem ten program. Nawet żoną oglądaliśmy go razem: ona w Polsce, ja w Szwajcarii, i dzwoniliśmy do siebie w przerwach na reklamy, żeby porozmawiać, skomentować.

Żona Pana dopingowała?

- Gdzie tam, była przeciwna, żebym szedł do telewizji.

Może nie chciała się kulinarnym skarbem dzielić z innymi?

(śmiech) Może coś w tym jest, bo od początku naszego związku to ja wszedłem do kuchni i gotowałem. Fartuch był mój. Ale bez mojej żony nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. To z nią założyłem firmę, to ona pomaga mi na okrągło: najpierw chodzi do swojej pracy, w sądzie, a następnie - do późnego wieczora - pracuje w restauracji. Weekendy też ma zajęte, bo już od rana jeździ po dostawy. Wkłada całe serce i mnóstwo pracy w naszą restaurację.

Czytaj także

Ten program odmienił Pana życie.

- Całkowicie. MasterChef otworzył mi głowę na gotowanie - po konkurencjach siadałem i myślałem "a skąd to się wzięło", "a jak to można było inaczej zrobić". Poza tym pod presją czasu przychodziły mi najlepsze pomysły. Tak jest i dzisiaj, w restauracji - kiedy gości jest dużo, trzeba przygotować dużo dań, i szybko, to kelnerzy mówią: "Ooo, szef jeszcze bardziej zaszalał na talerzach niż zwykle".

Od dziecka Pan krzątał się po kuchni, podglądał mamę, kiedy gotowała?

- W moim domu kuchnia była przedzielona na pół i w tej oddzielonej części był mój pokój.

Czyli dzieciństwo spędził Pan blisko kuchni?

- Dokładnie, bo moja część, od części kuchennej była oddzielona ażurowymi deskami. I jak siedziałem w swoim pokoju, to i tak widziałem cała kuchnię, dochodziły do mnie wszystkie kuchenne zapachy, hałasy... A i mama zawsze liczyła się z moim smakiem - gdy coś przyrządzała, to chciała, żebym spróbował: czy czegoś nie jest za mało. A to soli, a to pieprzu, a może czegoś za dużo. Smakoszem byłem od małego. Miała wielkie zaufanie do mnie - np. na święta nie podała potraw na stół, zanim ja ich wszystkich nie spróbowałem.

Sam Pan gotował jako dziecko?

- Mało. Ale pamiętam swój pierwszy tort, jaki zrobiłem mamie na "Dzień Mamy". To była katastrofa. Mały byłem, w podstawówce. Wziąłem foremkę w kształcie serca, taką wedlowską, po czekoladkach i wlałem do niej ciasto biszkoptowe, na które przepis znalazłem w zeszycie mamy. Po upieczeniu - ciasto nie chciało się od tej blaszki odlepić, wiec je zostawiłem w środku i z rabarbaru ułożyłem napis "mama", a wszystko zalałem... kisielem (śmiech). Mama, jak to mama - ucieszyła się.

Sam ma też ma dzieci, dwóch synów…

- Jeden czterolatek, drugi ma 17 lat.

Ciągnie ich do kuchni, tak jak Pana?

- Mały jest za mały, ale starszego bardzo. Jest już w drugiej klasie technikum gastronomicznego we Wrocławiu. Poszedł "w kuchnię". I kiedy tylko może, to pracuje ze mną, w naszej restauracji. W weekendy są nasze wspólne na kuchni - ojca i syna. Takie gotowanie razem, to jest świetna sprawa. Rewelacja. Syn robi doskonałe przystawki i desery.

Czytaj także

Teraz gotowanie jest Pana całym życiem: rzucił Pan pracę elektryka, otworzył restaurację. Wywrócił Pan swoje życie do góry nogami i postawił wszystko na jedną kartę.

- Cały czas marzyłem o tym, żeby mieć swoją restaurację, żeby gotować nie tylko dla rodziny, ale i dla innych. Ale to było tylko w sferze marzeń. Skryte to było, nie mówiłem o tym innym. Na co dzień stałem twardo nogami na ziemi. A w MasterChefie, gdy przechodziłem z odcinka na odcinek, coraz dalej, to czułem, że to moje marzenie wcale nie musi być tylko marzeniem. Że to marzenie jest coraz bliżej i że może się spełnić.

I się udało. A jest coś, czego Pan nie lubi jeść?

- Nie ma chyba takiej potrawy. Lubię wszystko. Nie przepadam jedynie za słodyczami. Sernik spróbuję, ale to wszystko. Gdy w MasterChefie trzeba było upiec trzy ciasta: sernik, mazurka i karpatkę, i to w 100 minut, to bałem się, że odpadnę. A wygrałem tę konkurencję. Do karpatki, takiej jaką robiła moja mama, dodałem likieru orzechowego. Ania Starmach powiedziała, że to jest jej ulubiona karpatka i że będzie ją zawsze robiła. A Magda Gessler po tym odcinku z ciastami zaprosiła mnie do siebie, do swojej restauracji, do pracy. Musiało więc być dobrze.

Dziś prowadzi Pan swoją restaurację - "Sztuka Restaurant" -, a nie pracuje u Magdy Gessler. Czyli jest Pan człowiekiem, który odmówił Magdzie Gessler?

- Nie odmówiłem, ale nie skorzystałem - na razie - z propozycji (uśmiech). Bo na początku, gdy usłyszałem tę propozycję, dostałem gęsiej skórki. Ale kiedy już otworzyłem swoją restaurację, to po prostu nie miałem czasu na to, żeby pojechać do Warszawy i popracować u niej, poprzyglądać się, poznać tajniki jej kuchni. Ale mam nadzieję, że kiedyś mi się uda pojechać i popracować przez chwilę u Magdy Gessler. Bo wie Pan - ja sobie zdaję sprawę z tego, że jeszcze sporo muszę się w kuchni nauczyć. Teraz na przykład jadę na szkolenie do Krakowa. Jestem amatorem i muszę swoją wiedzę uzupełnić, żeby być jeszcze lepszym kucharzem, żeby jeszcze więcej o gotowaniu wiedzieć. Bo mam wiele pomysłów na różne dania, ale technicznie do końca nie wiem, jak je zrobić. Dlatego codziennie, od samego rana, ćwiczę w kuchni, próbuję, eksperymentuję ze smakami.

Restauracja restauracją, a co Pan gotuje tak dal siebie, prywatnie. Co Pan najbardziej lubi zjeść?

- Uwielbiam kuchnię polską: kocham żurek, na zakwasie. Rodzinnie najbardziej lubimy zupy - je gotujemy sobie najczęściej. "Zupiarze" jesteśmy. No i krokiety z zupą, czyli z czerwonym barszczem. Ooo, aż mi ślinka leci, gdy o tym mówię (śmiech).

Czytaj także

Aleksandra Pisula jako Olga Lipińska. "To marzenie dla aktora"

Wideo

Materiał oryginalny: Najpierw MasterChef, teraz własna restauracja. Oto kariera elektryka ze Środy Śląskiej koło Wrocławia (ROZMOWA) - Wrocław Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie